Życie z rodzeństwem jest z definicji trudne. Zawsze ktoś woli się bawić w co innego, niż my byśmy chcieli, albo – co gorsza – chce się bawić w to samo i na dodatek tą samą zabawką. Sam, bez nas. Do tego jeszcze dochodzi wzajemne dokuczanie, liczne pomówienia („to ty jesteś głupia!”) oraz rozładowywanie własnych frustracji na młodszych. Najgorszy jednak w posiadaniu rodzeństwa jest fakt, że trzeba dzielić się mamą.
Mama zaś ma ograniczoną zdolność skupienia i nie potrafi rozmawiać z trzema osobami jednocześnie. Nie odpowiada na trzy pytania zadawane w tym samym czasie, ani nawet nie bierze trzech osób na kolana. Krótko mówiąc, mamy jest za mało.
Kiedy więc ostatnio Panna Ł. została w domu bez rodzeństwa, wydawała się zadowolona. Wyciszyła się jakby i uspokoiła. Nie było wszak z kim walczyć o pozycję w rodzinie, no i wreszcie miała mamę całą dla siebie. Wreszcie mogła przyjść rano pod kołdrę i wysłuchać własnej bajki, wymyślonej i opowiedzianej tylko dla niej. Oczywiście o księżniczce, bo innych bajek nie warto opowiadać (no, może jeszcze o nieudanych podstępach Gargamela, ale te już mamie się znudziły). Potem zaś mogła wsiąść do samochodu, zająć miejsce z tyłu na środku, a więc dokładnie obserwować całą drogę i w końcu zapytać o wszystko, co na tej drodze ciekawe. Tym razem padło na znaki drogowe.
Dla mamy był to nie tylko egzamin ze znajomości przepisów, ale również test na inteligencję. I na refleks.
- Co to jest: białe kółko z czerwoną obróżką, a w środku dwa samochody?
- Zakaz wyprzedzania – padła szybka odpowiedź, bo i pytanie było łatwe.
- Co to jest: Biały prostokąt z niebieską obwódką, a w środku dwie budki?
- Budki? – nie zdążyłam dojrzeć znaku.
- O, tu jest znowu.
- A, to stacja benzynowa.
- A taka spódniczka?
- To zwężenie jezdni – tu wykazałam się refleksem, nie inteligencją. Na szczęście najtrudniejsze zadanie Panna Ł. rozwiązała sama:
- A ja wiem, co to jest: po bokach niebieskie firanki, a w środku ludzik!
- ???
- Przejście dla pieszych!
Rzeczywiście, firanki są, ludzik jest. Tylko mama bez wyobraźni. Panna Ł. ma właśnie taką umiejętność innego nazywania rzeczy oczywistych. Niby widzi to samo, a jednak zawsze znajdzie jakieś nowe określenie. W końcu to ona jako jedyne dziecko w naszej rodzinie tworzyła własne neologizmy dla przedmiotów, których nie umiała jeszcze nazwać. Najbardziej w pamięci utkwiła mi „chlapka”. Chlapka, czyli rzecz, w której można się pochlapać, czyli kałuża. Proste, prawda?
Panna Ł. ma jednak jeszcze jedną cechę: zdecydowany charakter. Zawsze wie, czego chce i nigdy nie musi się dwa razy zastanawiać. Kiedy więc pani doktor stwierdziła, że jednak może dołączyć do rodzeństwa, Panna Ł. natychmiast wsiadła do samochodu i nie dała się z niego ruszyć. Uroki przebywania sam na sam z mamą przegrały z wizją lasu, basenu pełnego wody ze strumyka i dziadków przychylających nieba dzieciom.
I w ten sposób moja córka straciła okazję do bycia jedynaczką, a ja zyskałam możliwość posprzątania w domu bez obawy, że ktoś będzie chodził za mną krok w krok i bałaganił. Taki los.