Prawdziwa wojna zdarza się na szczęście dość rzadko. Drobne potyczki są jednak na porządku dziennym. Krew się może nie leje (w końcu mamy do czynienia z małymi damami), ale serca, i tak bolą. Oraz czasem ręce, uderzone plecy czy nadepnięte nogi. Ot, jak to wśród kochającego się rodzeństwa.
- My byłyśmy jakieś nienormalne – podsumowała dziś moja siostra zaraz po tym, jak zrelacjonowała mi wieczne bójki pomiędzy własnymi dziećmi. – Jak to możliwe, że my się w ogóle nie biłyśmy?
- Może za rzadko się widywałyśmy? – zażartowałam. – Wiesz, całymi dniami siedziałyśmy w przedszkolach i szkołach…
Zauważyłam jednak, że i u nas ostatnio liczba konfliktów rośnie lawinowo. Jeśli chodzi o bójki, najczęściej dochodzi do nich między Panną Ł. a Chłopczykiem S. Jeśli chodzi o bardziej wyrafinowane dokuczanie – między Panną T. a Panną Ł. Jeśli chodzi o obrażanie – między Panną T. a resztą świata. Tylko Chłopczyk J. nikogo nie nastraja do agresji.
- Bo Panna Ł. zupełnie nie umie nad sobą zapanować – tłumaczył mi dziś Chłopczyk S. – Była na mnie taka zła, że mnie pobiła.
- Tak? – zdziwiłam się. – A dlaczego była na ciebie zła?
- Bo zrobiliśmy z Panną T. „Program antypannoełowy” (W oryginale brzmi to nieco prościej, ale trzymajmy się konwencji.). I jej się ten program nie podobał i mnie pobiła.
- Może nie było jej miło, że tworzycie program przeciw niej? – zasugerowałam nieśmiało.
- Ale to było tylko na chwilę… Mogłaby się uczyć panować nad sobą!
Trochę czasu zajęło mi tłumaczenie, że dokuczanie bywa bolesne, nawet jeśli trwa krótko. I że panowanie nad sobą to wyjątkowo trudna sztuka, nawet jeśli jest się starszą siostrą dokuczającego.
Wieczorem zaś, gdy już wszystkie konflikty zostały zażegnane, Chłopczyk postanowił zorganizować „Program antykłótniowy”, który natychmiast zyskał aprobatę rodziców. Na czas wspólnego czytania wsunął się nawet pod jeden kocyk z Panną Ł. i leżeli oboje spokojnie, zasłuchani w losy rodziny, w której jest sześciu braci. (Tam dopiero są konflikty!)
Patrzyłam sobie z rozrzewnieniem na ich łagodne uśmiechy i rozmarzone oczy, na policzki przytulone do twarzy rodzeństwa i cieszyłam się każdą chwilą spokoju. Pan Łyżeczka rozciągnął się na podłodze, Panna T. przy stole czytała „Opowieści z Narni”. Najwyraźniej szkoda jest tracić czas na jedną tylko lekturę w danym momencie. Chłopczyk J. spał już od dawna w swoim łóżeczku. A ja z przyjemnością wsłuchiwałam się w tę ciszę, na której tle mój głos brzmiał monotonnie i usypiająco. Dobrze jest posiedzieć razem wieczorem na kanapie i wspólnie poczytać. Nie mogliby tak zawsze się zgadzać?
Nie mogliby.
Trwałam wciąż w tym zachwyceniu, gdy w uszach nagle zadźwięczało mi ostatnie dzisiejsze odkrycie Chłopczyka S..
- Powinniśmy na bramie powiesić tabliczkę – stwierdził stanowczo.
- Tak? A jaką? – zainteresowałam się.
- UWAGA, AGRESYWNE DZIECI!
Popatrzyłam po moich rozleniwionych aniołeczkach i stwierdziłam, że miał rację. Niewinne minki to zwykły kamuflaż dla zmylenia przeciwnika.
Ja powinnam wywiesić tabliczkę... UWAGA, LATAJĄCE ZABAWKI :P
Pozdrawiam ciepło ;)
Susełek